Za darmo i odpłatnie
Oto rządy rządzące z woli ludu coraz bardziej na ten lud wypinają swe kształtne pośladki. A komu się, swą drugą stroną, kłaniają? Oczywiście temu, kto w rękach trzyma nie karty do głosowania, a bardziej namacalne frukta.
Władza, najczęściej pełna wszelakich niedogodności, nie trwa bowiem długo, a może być wstępem do zupełnie przyjemnego życia po jej oddaniu. Jeśli umiejętnie wykorzysta się znajomości zawarte podczas udręki rządzenia i wyświadczy odpowiednią ilość cennych przysług. Tak więc nie dziwi już nikogo, że rządzący wsparli, w tajemnicy przed rządzonymi, regulacje biorące w opiekę zyski korporacji żyjących z eksploatacji ludzkich umysłów. Choć, zgodnie z logiką reprezentacji, powinny wziąć pod ochronę raczej konsumentów, których jest zdecydowanie więcej. Teraz, gdy mleko się rozlało, naradzają się od nowa, co powinni zrobić zanim w ogóle spisali jakiekolwiek paragrafy. Zresztą o ochronie jakiej własności intelektualnej właściwie mówimy? Najwyżej o prawie do pomysłu na nowy pstryczek-elektryczek. Diogenes pod rządami ACTA mieszkałby w beczce nie z powodu swych fanaberii, a po prostu z biedy. A Sokrates w dzisiejszej Polsce prędzej jeszcze niż w swoich Atenach byłby skazany za różne nieprawomyślne wypowiedzi.
Niedawno byłem świadkiem, jak w sklepie, przy kasie, mężczyzna typu „kawał chłopa, któremu się powiodło” rugał kruchą kasjerkę, za to tylko, że ta nie zaproponowała mu mocniejszej torby na zakupy, choćby i odpłatnie. Scysja trwała około 10 minut i państwo wymienili się dość skrajnymi uwagami na swój temat. Ochroniarz, co symptomatyczne, zamiast ochraniać kasjerkę, uciekł na zaplecze. Nie sądzę więc, by to sprawa regulacji dotyczących własności najczęściej pseudointelektualnej aż tak rozgrzała ludzi sama z siebie. W Polsce narasta frustracja (o jej prawdopodobnych skutkach już pisałem) i szuka powoli ujścia. Wystarcza iskra, by pojawiały się – na razie płomyki – niezadowolenia. Ludzie czują, że są wyprowadzani w pole, dojeni i lekceważeni, ale nie przeszkadza im to do chwili, gdy stać ich na dobra, do których – w swych niszach społecznych – przywykli. Gdy drożeje wszystko, a pracodawcy z lęku o przyszłość tezauryzują przychody zamiast dzielić się nimi z pracobiorcami, budzi się w ludziach świadomość. I gotuje się w umysłach, a wrzątek ma to do siebie, że wytwarza parę, ta zaś ciśnie na dekiel. By nie dochodziło do wybuchów, potrzebne są zawory bezpieczeństwa. W demokracji zaworem takim jest właśnie internet i od czasu do czasu wybory. Jednak bywa, że powstaje ciśnienie, którego nie obniży żaden zawór. I wtedy, jeśli w porę nie przygasimy ognia, dekiel startuje, wybijając niejedną szybę. Tymczasem nasi drodzy przywódcy naradzają się nad ACTA i ciekawe jest tylko jedno: jak uzasadnią, że trzeba je wcielić w życie. Pewna koronowana głowa zaproponowała kiedyś by ci, którym brakuje chleba, opchali się ciastkami. Ale była to głowa niewieścia, co zresztą nie uchroniło jej przed frustracją poddanych. Dziś głowy może mniej koronowane, ale – jak widać – równie błyskotliwe i aroganckie. Nie życzę im tego, ale skończyć mogą podobnie.
Rzecznik MSW codziennie mailami namawia mnie, z okazji zimy, bym nie był obojętny na bezdomność. Co ja mogę, Panie Rzeczniku, przy moich zarobkach. Poza tym, jako posunięty w latach i zepsuty przez różne minione miazmaty dziwak, uważam, że na pewne rzeczy państwo powinno być stać, z racji pobierania podatków. Skąd biorą się ci bezdomni, którzy właśnie zimą umierając z wychłodzenia tak stresują rzecznika ministerstwa kojarzonego raczej z opresją, a nie ministra budownictwa chociażby, jak podpowiadałby rozum? Jakby dobrze policzyć mieszkania, mieszkających i bezdomnych zapewne okazałoby się, że każdy znalazłby swój kąt, nie tylko na zimę, ale to by przecież – podobno – rozwaliło rynek nieruchomości. Taki usłyszałem argument: skoro ja płacę, czemu nie miałby płacić bezdomny? Bo nie ma pieniędzy? Nie bądźmy śmieszni, to żaden argument. Marne to usprawiedliwienie w gospodarce rynkowej, choćby i społecznej, więc niech zamarza. Podobnie rynek chleba rozwaliłoby rozdawanie bułek za darmo głodnym, czego próbował pewien piekarz ale szybko przywołano go do porządku odpowiednim domiarem za karę. By rynek nie trząsł się w posadach, wszystko musi kosztować, a kosztuje tym więcej im czegoś mniej. I tu problem prawa własności do piosenek, których jest tak dużo, że jedna podobna do drugiej, więc by rynek się nie załamał, trzeba specjalną regulacją uniemożliwić ich powielanie. O co, nie wiedzieć czemu, martwi się nasz rząd, zmartwienie o bezdomnych nie wiedzieć czemu przerzucając na mnie.
Sądzę, że gdyby mieszkań było tak dużo jak piosenek, i zniknęliby zamarzający zimą bezdomni, wkrótce pojawiłaby się regulacja, biorąca w obronę deweloperów. Bo nie może być tak, że czegoś jest w bród. Jak na przykład wody, więc na wszelki wypadek płacimy za jej uzdatnianie. Albo powietrza. Którego jest na Ziemi około 5x1015 ton i dlatego oddychamy – ku utrapieniu gospodarki rynkowej – za darmo. Do czasu, kochani, do czasu. Na razie objęto opłatami dwutlenek węgla. Jak przewiduję, początkowo więc wdech, jako niezbędny do życia, będzie za darmo. Wydech zaś, jako zanieczyszczający atmosferę, dozwolony będzie wkrótce wyłącznie za opłatą. Nad której poborem czuwać będą specjalne eurochipy wszczepiane nam, początkowo by, dla niepoznaki, ułatwić pracę aptekarzom i NFZ. A co z zamarzającymi bezdomnymi w kraju, który właśnie zafundował sobie megastadiony jednorazowego użytku, o pojemności 30 tysięcy kiboli wraz z flagami każdy? Bezdomnych też, trzeba trafu, mamy w Polsce - bo co mnie obchodzą inne, lepsze, kraje - około 30 tysięcy. Ponieważ każdej zimy zamarza tylko kilkudziesięciu takich zbędnych z gospodarczego punktu widzenia darmozjadów, problem nie rozwiąże się sam, na co liczą zapewne nasi ukochani przywódcy. Problem oczywiście rozwiązałoby wybudowanie dla nich mieszkań, zamiast choćby jednego stadionu, ale bezdomni nie mogliby ich kupić, bo takich środków, jakich spodziewają się deweloperzy, nie udostępni im nawet Grameen Bank, nastawiony raczej na maszyny do szycia i to w innym klimacie. Moja propozycja rynkowa jest więc taka, by środki pozyskiwane ze sprzedaży prawa dokonywania wydechów przeznaczyć na zakup mieszkań dla bezdomnych. Oczywiście pomysł biegnę opatentować, a tekst skończę gdy wrócę.
W urzędzie patentowym, pobrawszy numerek i ustawiwszy się w monstrualnej kolejce, doznałem pewnej refleksji: pomyśleć, że istnieją jeszcze na Ziemi, choć z oczywistych względów już wymierają, kultury, które nie wyobrażają sobie prywatnej własności nie tylko pomysłów zbawiających ludzkość, ale także pól i lasów, a nawet wody. Prymitywne te ludy postrzegają świat jako wielką spółdzielnię, której wszyscy jesteśmy członkami z równym prawem do wszelkiej własności, ta bowiem jest współwłasnością. Bo czyż od Stwórcy mamy Ziemię odpłatnie? I co by było, gdyby to On, jako twórca, zażądał od nas tantiem lub opłat za korzystanie ze swego dzieła – tak kombinują sobie te prostaczki. Myślę, że gdyby zamieszkiwali mniej sprzyjającą strefę klimatyczną, nie wyobrażaliby sobie, że można nie mieć dachu nad głową z powodu braku pieniędzy... Cóż, kultury te uniknęły cywilizacyjnego prania mózgu, a nad ich obrazem świata kiwamy dziś głowami podobnie jak nad egipskimi mumiami, pokrytymi kurzem w gablotach British Museum, które wykradło je za darmo ale pokazuje już odpłatnie... Co nas oczywiście nie bulwersuje.
ACTA iacta est
Zysk i Wyzysk
Niedawno byłem świadkiem, jak w sklepie, przy kasie, mężczyzna typu „kawał chłopa, któremu się powiodło” rugał kruchą kasjerkę, za to tylko, że ta nie zaproponowała mu mocniejszej torby na zakupy, choćby i odpłatnie. Scysja trwała około 10 minut i państwo wymienili się dość skrajnymi uwagami na swój temat. Ochroniarz, co symptomatyczne, zamiast ochraniać kasjerkę, uciekł na zaplecze. Nie sądzę więc, by to sprawa regulacji dotyczących własności najczęściej pseudointelektualnej aż tak rozgrzała ludzi sama z siebie. W Polsce narasta frustracja (o jej prawdopodobnych skutkach już pisałem) i szuka powoli ujścia. Wystarcza iskra, by pojawiały się – na razie płomyki – niezadowolenia. Ludzie czują, że są wyprowadzani w pole, dojeni i lekceważeni, ale nie przeszkadza im to do chwili, gdy stać ich na dobra, do których – w swych niszach społecznych – przywykli. Gdy drożeje wszystko, a pracodawcy z lęku o przyszłość tezauryzują przychody zamiast dzielić się nimi z pracobiorcami, budzi się w ludziach świadomość. I gotuje się w umysłach, a wrzątek ma to do siebie, że wytwarza parę, ta zaś ciśnie na dekiel. By nie dochodziło do wybuchów, potrzebne są zawory bezpieczeństwa. W demokracji zaworem takim jest właśnie internet i od czasu do czasu wybory. Jednak bywa, że powstaje ciśnienie, którego nie obniży żaden zawór. I wtedy, jeśli w porę nie przygasimy ognia, dekiel startuje, wybijając niejedną szybę. Tymczasem nasi drodzy przywódcy naradzają się nad ACTA i ciekawe jest tylko jedno: jak uzasadnią, że trzeba je wcielić w życie. Pewna koronowana głowa zaproponowała kiedyś by ci, którym brakuje chleba, opchali się ciastkami. Ale była to głowa niewieścia, co zresztą nie uchroniło jej przed frustracją poddanych. Dziś głowy może mniej koronowane, ale – jak widać – równie błyskotliwe i aroganckie. Nie życzę im tego, ale skończyć mogą podobnie.
Rzecznik MSW codziennie mailami namawia mnie, z okazji zimy, bym nie był obojętny na bezdomność. Co ja mogę, Panie Rzeczniku, przy moich zarobkach. Poza tym, jako posunięty w latach i zepsuty przez różne minione miazmaty dziwak, uważam, że na pewne rzeczy państwo powinno być stać, z racji pobierania podatków. Skąd biorą się ci bezdomni, którzy właśnie zimą umierając z wychłodzenia tak stresują rzecznika ministerstwa kojarzonego raczej z opresją, a nie ministra budownictwa chociażby, jak podpowiadałby rozum? Jakby dobrze policzyć mieszkania, mieszkających i bezdomnych zapewne okazałoby się, że każdy znalazłby swój kąt, nie tylko na zimę, ale to by przecież – podobno – rozwaliło rynek nieruchomości. Taki usłyszałem argument: skoro ja płacę, czemu nie miałby płacić bezdomny? Bo nie ma pieniędzy? Nie bądźmy śmieszni, to żaden argument. Marne to usprawiedliwienie w gospodarce rynkowej, choćby i społecznej, więc niech zamarza. Podobnie rynek chleba rozwaliłoby rozdawanie bułek za darmo głodnym, czego próbował pewien piekarz ale szybko przywołano go do porządku odpowiednim domiarem za karę. By rynek nie trząsł się w posadach, wszystko musi kosztować, a kosztuje tym więcej im czegoś mniej. I tu problem prawa własności do piosenek, których jest tak dużo, że jedna podobna do drugiej, więc by rynek się nie załamał, trzeba specjalną regulacją uniemożliwić ich powielanie. O co, nie wiedzieć czemu, martwi się nasz rząd, zmartwienie o bezdomnych nie wiedzieć czemu przerzucając na mnie.
Sądzę, że gdyby mieszkań było tak dużo jak piosenek, i zniknęliby zamarzający zimą bezdomni, wkrótce pojawiłaby się regulacja, biorąca w obronę deweloperów. Bo nie może być tak, że czegoś jest w bród. Jak na przykład wody, więc na wszelki wypadek płacimy za jej uzdatnianie. Albo powietrza. Którego jest na Ziemi około 5x1015 ton i dlatego oddychamy – ku utrapieniu gospodarki rynkowej – za darmo. Do czasu, kochani, do czasu. Na razie objęto opłatami dwutlenek węgla. Jak przewiduję, początkowo więc wdech, jako niezbędny do życia, będzie za darmo. Wydech zaś, jako zanieczyszczający atmosferę, dozwolony będzie wkrótce wyłącznie za opłatą. Nad której poborem czuwać będą specjalne eurochipy wszczepiane nam, początkowo by, dla niepoznaki, ułatwić pracę aptekarzom i NFZ. A co z zamarzającymi bezdomnymi w kraju, który właśnie zafundował sobie megastadiony jednorazowego użytku, o pojemności 30 tysięcy kiboli wraz z flagami każdy? Bezdomnych też, trzeba trafu, mamy w Polsce - bo co mnie obchodzą inne, lepsze, kraje - około 30 tysięcy. Ponieważ każdej zimy zamarza tylko kilkudziesięciu takich zbędnych z gospodarczego punktu widzenia darmozjadów, problem nie rozwiąże się sam, na co liczą zapewne nasi ukochani przywódcy. Problem oczywiście rozwiązałoby wybudowanie dla nich mieszkań, zamiast choćby jednego stadionu, ale bezdomni nie mogliby ich kupić, bo takich środków, jakich spodziewają się deweloperzy, nie udostępni im nawet Grameen Bank, nastawiony raczej na maszyny do szycia i to w innym klimacie. Moja propozycja rynkowa jest więc taka, by środki pozyskiwane ze sprzedaży prawa dokonywania wydechów przeznaczyć na zakup mieszkań dla bezdomnych. Oczywiście pomysł biegnę opatentować, a tekst skończę gdy wrócę.
W urzędzie patentowym, pobrawszy numerek i ustawiwszy się w monstrualnej kolejce, doznałem pewnej refleksji: pomyśleć, że istnieją jeszcze na Ziemi, choć z oczywistych względów już wymierają, kultury, które nie wyobrażają sobie prywatnej własności nie tylko pomysłów zbawiających ludzkość, ale także pól i lasów, a nawet wody. Prymitywne te ludy postrzegają świat jako wielką spółdzielnię, której wszyscy jesteśmy członkami z równym prawem do wszelkiej własności, ta bowiem jest współwłasnością. Bo czyż od Stwórcy mamy Ziemię odpłatnie? I co by było, gdyby to On, jako twórca, zażądał od nas tantiem lub opłat za korzystanie ze swego dzieła – tak kombinują sobie te prostaczki. Myślę, że gdyby zamieszkiwali mniej sprzyjającą strefę klimatyczną, nie wyobrażaliby sobie, że można nie mieć dachu nad głową z powodu braku pieniędzy... Cóż, kultury te uniknęły cywilizacyjnego prania mózgu, a nad ich obrazem świata kiwamy dziś głowami podobnie jak nad egipskimi mumiami, pokrytymi kurzem w gablotach British Museum, które wykradło je za darmo ale pokazuje już odpłatnie... Co nas oczywiście nie bulwersuje.
ACTA iacta est
Zysk i Wyzysk




