Inwestowanie w kryzysie
Same rynki problem dobrze znają i wiele już zdyskontowały...
Od kilku dni o niczym innym się nie mówi jak tylko o „syndromie”
greckim, który rozprzestrzenił się na inne peryferyjne kraje strefy
euro. Mohamed A. El-Erian, główny dyrektor inwestycyjny wspomnianego
PIMCO powiedział wczoraj, że Grecja będzie potrzebowała pomocy z
zewnątrz, by poradzić sobie z ogromnymi deficytami. Wydaje się, że nie
do końca jest to prawda, ale rynki chcą zmusić Brukselę do działania i
chcą usłyszeć przynajmniej zapewnienie, że państwa z problemami
uzyskają pomoc.
Jak na razie rządzący z Unii Europejskiej nie poddają się presji rynkowej i na szczycie UE, który będzie odbędzie się w czwartek, nie planuje się podjęcia żadnych konkretnych decyzji w sprawie choroby deficytowej. Warto pamiętać, że na dzień przed szczytem zaplanowany jest pierwszy protest w Grecji, który może jeszcze bardziej podgrzać atmosferę wokół i tak gorącego problemu.
Same rynki problem dobrze znają i wiele już zdyskontowały. Wczoraj liczono na odbicie po dwóch dniach silnych spadków z końca zeszłego tygodnia. Zaobserwowaliśmy je, ale w oczy rzucała się słabość kupujących. Na warszawskim parkiecie notowania co prawda rozpoczęły się znacznym wzrostem, ale jak to zwykle w takich sytuacjach bywa – sprzedający od razu przejęli kontrolę nad parkietem. Końcówka była nieco lepsza, ale na zamknięciu i tak dominował lekki kolor czerwony.
Za oceanem sesja przebiegała według innego schematu. To początek był lepszy by potem, w najważniejszym dla rynku czasie, doprowadzić do spadków. Ostatnie dwie godziny sprowadziły indeks S&P500 z poziomu neutralnego do spadku o prawie 1 proc. Czym można się pocieszać to fakt utrzymywania ciągłego dystansu do piątkowych dołków, co oznacza, że odbicie ma szansę na kontynuację. Nic jednak nie wskazuje na to, że spadki już dobiegły końca. Wydaje się, że po krótkim przystanku zniżki powrócą.
Jak na razie rządzący z Unii Europejskiej nie poddają się presji rynkowej i na szczycie UE, który będzie odbędzie się w czwartek, nie planuje się podjęcia żadnych konkretnych decyzji w sprawie choroby deficytowej. Warto pamiętać, że na dzień przed szczytem zaplanowany jest pierwszy protest w Grecji, który może jeszcze bardziej podgrzać atmosferę wokół i tak gorącego problemu.
Same rynki problem dobrze znają i wiele już zdyskontowały. Wczoraj liczono na odbicie po dwóch dniach silnych spadków z końca zeszłego tygodnia. Zaobserwowaliśmy je, ale w oczy rzucała się słabość kupujących. Na warszawskim parkiecie notowania co prawda rozpoczęły się znacznym wzrostem, ale jak to zwykle w takich sytuacjach bywa – sprzedający od razu przejęli kontrolę nad parkietem. Końcówka była nieco lepsza, ale na zamknięciu i tak dominował lekki kolor czerwony.
Za oceanem sesja przebiegała według innego schematu. To początek był lepszy by potem, w najważniejszym dla rynku czasie, doprowadzić do spadków. Ostatnie dwie godziny sprowadziły indeks S&P500 z poziomu neutralnego do spadku o prawie 1 proc. Czym można się pocieszać to fakt utrzymywania ciągłego dystansu do piątkowych dołków, co oznacza, że odbicie ma szansę na kontynuację. Nic jednak nie wskazuje na to, że spadki już dobiegły końca. Wydaje się, że po krótkim przystanku zniżki powrócą.
Dziś piszemy również o:
Pieniądz:
Gospodarka:
Fundusze:
Informacja gospodarcza:
Kariera:
Marketing:
Technologie:
Excludere:


