Transfery, transfery...
Jak można brać udział w wyborach parlamentarnych, jeśli za 12 lub 24 miesiące okaże się, że osoba, na którą oddaliśmy głos, przemieszcza się do konkurencji, bo tam czuje się lepiej?
Gdybym zatrzymał się w rozwoju, powiedzmy gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, to z lektury gazetowej wersji "Przeglądu Sportowego" określenie "transfer" kojarzyłoby mi się tylko z jedną dziedziną. Transfer zawodnika z klubu piłkarskiego do innego klubu, głowę niejednego kibica rozpalał. Dowiedziałem się z lektury "PS", że niemożliwe są transfery między dwoma klubami piłkarskimi w lidze szkockiej. Nie znam przypadku, aby jakikolwiek piłkarz z klubu o tradycjach protestanckich przeszedł do klubu o tradycjach katolickich. Jednak człowiek uczy się całe życie. Wystarczy spojrzeć na to, co się dzieje na polskiej scenie politycznej i słowo "transfer" nabiera nowego znaczenia. Otóż aktualnie rządząca koalicja dwóch partii, ze wskazaniem na tę większą, jako kluczowy punkt programu wyznaczyła sobie przejmowanie polityków z innych partii politycznych. Nie mam ochoty takich ruchów oceniać.
Pozostawiam to wyborcom, ale doprawdy - jak można brać udział w czymś takim, jak wybory parlamentarne, jeśli za 12 miesięcy okaże się, że osoba, na którą oddaliśmy głos, przemieszcza się do konkurencji, bo tam czuje się lepiej? To tak samo, jakby na rynku kapitałowym nabyć akcje jakiejś spółki. Decyzja o zajęciu pozycji na danym walorze spowodowana jest tym, że na stanowisko prezesa spółki powołany jest nowy osobnik. Przedstawia swoją wizję działania. Zapowiada wprowadzenie oszczędności, czyli redukcję kosztów działania i zwiększenie dochodów poprzez zwiększenie sprzedaży. Pod wpływem lektury pochodzącej z zagranicznych opracowań zaczyna opowiadać o możliwości wypłaty dywidendy. Dziennikarze doceniają starania nowego pana prezesa i zapowiedzi wprowadzenia programu naprawczego. Dają mu kredyt zaufania i nikt nie pyta, jak zamierza dokonać tych zmian. I oto nagle następuje brak skwitowania. Na spółkach ciąży obowiązek zwołania WZA w ciągu sześciu miesięcy od zakończenia roku obrotowego.
Oprócz uchwał przesądzających o podziale zysku lub pokryciu straty, akcjonariusze zajmują się również m.in. zatwierdzaniem sprawozdań finansowych oraz udzielaniem absolutoriów z wykonania obowiązków członkom zarządów i rad nadzorczych. Dlaczego uzyskanie skwitowania jest tak ważne? Jeśli mamy do czynienia z firmą z sektora finansowego, która jest licencjonowana przez Komisję Nadzoru Finansowego, to brak absolutorium oznacza w praktyce dyskwalifikację kandydata na prezesa albo członka zarządu takiej instytucji. Powód? Brak tzw. rękojmi bezpiecznego i stabilnego zarządzania. Oczywiście, że ładnie to brzmi, ale przecież od każdej reguły bywają wyjątki. Nawet w historii notowań spółek na warszawskim parkiecie. W historii polskiej giełdy wiele było takich sytuacji, kiedy zarządy spółek nie otrzymywały skwitowania, a inwestorzy wydawali się nie zwracać na to większej uwagi.
Podobnie rzecz ma się w świecie polityki. Ze szczególnym wskazaniem na politykę polską. Wyborcy szybko zapominają, co kandydaci obiecywali w trakcie kampanii wyborczej. Ta amnezja powoduje, że później mamy wątpliwą przyjemność obcowania z tzw. transferami roku. I nie inaczej było tym razem. Zamiast cieszyć się z sezonu ogórkowego, a co za tym idzie - z możliwości poruszania łatwiejszych tematów, jak zwykle w Polsce musimy przeżywać coś, co nie powinno się zdarzyć nawet w najnudniejszym sezonie ogórkowym.
Wolę zająć się transferem w innym znaczeniu niż to, jakie ma zastosowanie do polskiej polityki. Gdybyż to jeszcze polscy politycy zajęli się swoim bagienkiem, to byłaby pełnia szczęścia. Ja im w przenoszeniu i zmienianiu barw politycznych przeszkadzać nie będę. Nie moje małpy i nie mój cyrk. Niech jednak ci, którzy dzisiaj coś co rok temu nazywali "cacy" obecnie nazywają "be" zapomną o moim głosie w wyborach. Jeśli ktoś chce uprawiać tandetne aktorstwo, to zawsze może się zgłosić do jakiegoś teleturnieju czy konkursu piękności. Tam szybciej znajdzie chętnych do oglądania programu o roboczym tytule "Chwila dla debila". Ale to już problem do rozwiązania na inną okazję.
W światowej gospodarce słowo transfer nie zostało jeszcze na szczęście zdewaluowane aż tak, jak w Polsce. Na rynku kapitałowym najważniejsza jest wiarygodność i transparentność. Wolę więc zastanawiać się, ile należy przygotować środków finansowych, aby wytransferować je na trochę bardziej rozwinięty rynek kapitałowy niż ten w Warszawie. I w tym miejscu zmuszony jestem podziękować polskim politykom. Doprawdy, nie ma się kim i czym fascynować.
Pozostawiam to wyborcom, ale doprawdy - jak można brać udział w czymś takim, jak wybory parlamentarne, jeśli za 12 miesięcy okaże się, że osoba, na którą oddaliśmy głos, przemieszcza się do konkurencji, bo tam czuje się lepiej? To tak samo, jakby na rynku kapitałowym nabyć akcje jakiejś spółki. Decyzja o zajęciu pozycji na danym walorze spowodowana jest tym, że na stanowisko prezesa spółki powołany jest nowy osobnik. Przedstawia swoją wizję działania. Zapowiada wprowadzenie oszczędności, czyli redukcję kosztów działania i zwiększenie dochodów poprzez zwiększenie sprzedaży. Pod wpływem lektury pochodzącej z zagranicznych opracowań zaczyna opowiadać o możliwości wypłaty dywidendy. Dziennikarze doceniają starania nowego pana prezesa i zapowiedzi wprowadzenia programu naprawczego. Dają mu kredyt zaufania i nikt nie pyta, jak zamierza dokonać tych zmian. I oto nagle następuje brak skwitowania. Na spółkach ciąży obowiązek zwołania WZA w ciągu sześciu miesięcy od zakończenia roku obrotowego.
Oprócz uchwał przesądzających o podziale zysku lub pokryciu straty, akcjonariusze zajmują się również m.in. zatwierdzaniem sprawozdań finansowych oraz udzielaniem absolutoriów z wykonania obowiązków członkom zarządów i rad nadzorczych. Dlaczego uzyskanie skwitowania jest tak ważne? Jeśli mamy do czynienia z firmą z sektora finansowego, która jest licencjonowana przez Komisję Nadzoru Finansowego, to brak absolutorium oznacza w praktyce dyskwalifikację kandydata na prezesa albo członka zarządu takiej instytucji. Powód? Brak tzw. rękojmi bezpiecznego i stabilnego zarządzania. Oczywiście, że ładnie to brzmi, ale przecież od każdej reguły bywają wyjątki. Nawet w historii notowań spółek na warszawskim parkiecie. W historii polskiej giełdy wiele było takich sytuacji, kiedy zarządy spółek nie otrzymywały skwitowania, a inwestorzy wydawali się nie zwracać na to większej uwagi.
Podobnie rzecz ma się w świecie polityki. Ze szczególnym wskazaniem na politykę polską. Wyborcy szybko zapominają, co kandydaci obiecywali w trakcie kampanii wyborczej. Ta amnezja powoduje, że później mamy wątpliwą przyjemność obcowania z tzw. transferami roku. I nie inaczej było tym razem. Zamiast cieszyć się z sezonu ogórkowego, a co za tym idzie - z możliwości poruszania łatwiejszych tematów, jak zwykle w Polsce musimy przeżywać coś, co nie powinno się zdarzyć nawet w najnudniejszym sezonie ogórkowym.
Wolę zająć się transferem w innym znaczeniu niż to, jakie ma zastosowanie do polskiej polityki. Gdybyż to jeszcze polscy politycy zajęli się swoim bagienkiem, to byłaby pełnia szczęścia. Ja im w przenoszeniu i zmienianiu barw politycznych przeszkadzać nie będę. Nie moje małpy i nie mój cyrk. Niech jednak ci, którzy dzisiaj coś co rok temu nazywali "cacy" obecnie nazywają "be" zapomną o moim głosie w wyborach. Jeśli ktoś chce uprawiać tandetne aktorstwo, to zawsze może się zgłosić do jakiegoś teleturnieju czy konkursu piękności. Tam szybciej znajdzie chętnych do oglądania programu o roboczym tytule "Chwila dla debila". Ale to już problem do rozwiązania na inną okazję.
W światowej gospodarce słowo transfer nie zostało jeszcze na szczęście zdewaluowane aż tak, jak w Polsce. Na rynku kapitałowym najważniejsza jest wiarygodność i transparentność. Wolę więc zastanawiać się, ile należy przygotować środków finansowych, aby wytransferować je na trochę bardziej rozwinięty rynek kapitałowy niż ten w Warszawie. I w tym miejscu zmuszony jestem podziękować polskim politykom. Doprawdy, nie ma się kim i czym fascynować.



