Projekty bez wizji
Rozmowa z Czesławem Bieleckim, urbanistą i architektem
– Zbliża się Euro 2012. Skąd bierze się tak wielkie zainteresowanie państw, by organizować ogromne imprezy, jak mistrzostwa świata czy Europy w piłce nożnej?
– Takie przedsięwzięcia napędzają koniunkturę. Ale ze względu na przyszłe koszty utrzymania muszą podlegać racjonalnemu planowaniu. Dlatego państwa, które uczestniczą w takich wydarzeniach, dokonują analizy swoich działań pod kątem celów imprezy i swoich własnych zamierzeń. Dobrym przykładem jest Australia, która stworzyła obiekty sportowe, by zrealizować zadania związane z olimpiadą, a potem je redukowała do odpowiednich wymiarów. W Sydney na przykład trybuny stadionu olimpijskiego były żelbetowymi konstrukcjami na szynach, które później można było dosunąć i zmniejszyć pojemność stadionu zbliżając trybuny do płyty boiska. W każdym projekcie budowlanym trzeba myśleć nie tylko o kosztach budowy, ale przede wszystkim o kosztach utrzymania. To nie mebel i nie opakowanie.
W Warszawie mieliśmy Stadion X-lecia, który stanowił swoiste memento dla dużych przedsięwzięć, bo chronicznie deficytowy, zapełniał się jedynie w czasie dożynek i zakończenia Wyścigu Pokoju. To nie plan budowy, ale późniejsze wykorzystanie stadionu decyduje, czy jest on projektem racjonalnym. Polska piłka, niestety, sukcesu frekwencyjnego nie gwarantuje. Informacje z Poznania i Gdańska, gdzie na ostatnich meczach tylko co czwarte krzesełko było zajęte, nie mogą budzić entuzjazmu. Istnieje przekonanie, że mogą się one wypełnić przy okazji innych, wielkich eventów. Ale to także nie jest proste. Byłem na koncercie Cohena na Torwarze i nawet wtedy nie wszystkie miejsca były zajęte.
– Takie wydarzenia są szansą na ogromny skok w rozwoju infrastruktury. Czy my dokonujemy takiego skoku?
– Realizujemy sporo projektów, które jednak nie tworzą spójnej całości. To frustrujące, że od lat nie ma ani wizji państwa, ani jego stolicy. Nie mamy scenariusza nawet dla takich wydarzeń jak Euro 2012. Wystarczyło się zastanowić kilka lat temu, jak będzie wyglądała droga turysty, który wyląduje na lotnisku Okęcie. Co będzie oglądał jadąc na Stadion Narodowy? Nikt o tym nie pomyślał. Szlak tego turysty to droga składająca się z impasów. Przemierza pewien odcinek, który dzięki dużej inwestycji jest drożny, ale już po chwili pojawia się na obszarze, który leży odłogiem. Ze stadionu, mimo rozstrzygniętego konkursu na otoczenie, będziemy wychodzić na żwirowisko albo inną prowizorkę. Tak więc pomiędzy stadionem, dość luksusową dzielnicą, jaką jest Saska Kępa i pięknym Parkiem Skaryszewskim, znajduje się kolejna przestrzeń niezagospodarowana. Na każdym kroku widać w Warszawie brak myślenia holistycznego, całościowego, niezdolność do kompleksowego planowania. Z informacji prasowych wynika, że przejścia podziemne dla ludzi, którzy opuszczają stadion, są niewystarczająco szerokie.
– Czy budowa Stadionu Narodowego w tym miejscu i w takiej formie była, pana zdaniem, trafną decyzją?
– To ważna decyzja. Punktowa, ale o poważnych konsekwencjach urbanistycznych. Jarmark Europa był przecież reliktem początków transformacji. Nie mógł trwać wiecznie jako pomnik polskiej prowizorki na ruinie niegdyś wspaniałego obiektu. Stadion jest niesłychanie miastotwórczym obiektem i dobrze, że powstał tam, gdzie jest, a nie – jak chciała w pewnym momencie obecna prezydent – na granicy Zielonki. Ale wydaje się, że jest po prostu za duży. Przeniesiono wirtualny obrazek bezpośrednio w rzeczywistość. To naiwne. Na prezentowanej decydentom wizualizacji biało-czerwony koszyk miał służyć temu, by stadion był bardziej narodowy. Teraz pojawia się zdziwienie, że w naturze, w skali 1:1, efekt jest nachalny. Barwy narodowe można było uzyskać choćby dzięki iluminacji, jak zwrócił uwagę inżynier Edmund Obiała, projektant stadionu olimpijskiego w Sydney. Podobnie jak to zrobiono iluminując Allianz Arenę w Monachium…
Cały wywiad można przeczytać w lutowym wydaniu Gazety Bankowej.
– Takie przedsięwzięcia napędzają koniunkturę. Ale ze względu na przyszłe koszty utrzymania muszą podlegać racjonalnemu planowaniu. Dlatego państwa, które uczestniczą w takich wydarzeniach, dokonują analizy swoich działań pod kątem celów imprezy i swoich własnych zamierzeń. Dobrym przykładem jest Australia, która stworzyła obiekty sportowe, by zrealizować zadania związane z olimpiadą, a potem je redukowała do odpowiednich wymiarów. W Sydney na przykład trybuny stadionu olimpijskiego były żelbetowymi konstrukcjami na szynach, które później można było dosunąć i zmniejszyć pojemność stadionu zbliżając trybuny do płyty boiska. W każdym projekcie budowlanym trzeba myśleć nie tylko o kosztach budowy, ale przede wszystkim o kosztach utrzymania. To nie mebel i nie opakowanie.
W Warszawie mieliśmy Stadion X-lecia, który stanowił swoiste memento dla dużych przedsięwzięć, bo chronicznie deficytowy, zapełniał się jedynie w czasie dożynek i zakończenia Wyścigu Pokoju. To nie plan budowy, ale późniejsze wykorzystanie stadionu decyduje, czy jest on projektem racjonalnym. Polska piłka, niestety, sukcesu frekwencyjnego nie gwarantuje. Informacje z Poznania i Gdańska, gdzie na ostatnich meczach tylko co czwarte krzesełko było zajęte, nie mogą budzić entuzjazmu. Istnieje przekonanie, że mogą się one wypełnić przy okazji innych, wielkich eventów. Ale to także nie jest proste. Byłem na koncercie Cohena na Torwarze i nawet wtedy nie wszystkie miejsca były zajęte.
– Takie wydarzenia są szansą na ogromny skok w rozwoju infrastruktury. Czy my dokonujemy takiego skoku?
– Realizujemy sporo projektów, które jednak nie tworzą spójnej całości. To frustrujące, że od lat nie ma ani wizji państwa, ani jego stolicy. Nie mamy scenariusza nawet dla takich wydarzeń jak Euro 2012. Wystarczyło się zastanowić kilka lat temu, jak będzie wyglądała droga turysty, który wyląduje na lotnisku Okęcie. Co będzie oglądał jadąc na Stadion Narodowy? Nikt o tym nie pomyślał. Szlak tego turysty to droga składająca się z impasów. Przemierza pewien odcinek, który dzięki dużej inwestycji jest drożny, ale już po chwili pojawia się na obszarze, który leży odłogiem. Ze stadionu, mimo rozstrzygniętego konkursu na otoczenie, będziemy wychodzić na żwirowisko albo inną prowizorkę. Tak więc pomiędzy stadionem, dość luksusową dzielnicą, jaką jest Saska Kępa i pięknym Parkiem Skaryszewskim, znajduje się kolejna przestrzeń niezagospodarowana. Na każdym kroku widać w Warszawie brak myślenia holistycznego, całościowego, niezdolność do kompleksowego planowania. Z informacji prasowych wynika, że przejścia podziemne dla ludzi, którzy opuszczają stadion, są niewystarczająco szerokie.
– Czy budowa Stadionu Narodowego w tym miejscu i w takiej formie była, pana zdaniem, trafną decyzją?
– To ważna decyzja. Punktowa, ale o poważnych konsekwencjach urbanistycznych. Jarmark Europa był przecież reliktem początków transformacji. Nie mógł trwać wiecznie jako pomnik polskiej prowizorki na ruinie niegdyś wspaniałego obiektu. Stadion jest niesłychanie miastotwórczym obiektem i dobrze, że powstał tam, gdzie jest, a nie – jak chciała w pewnym momencie obecna prezydent – na granicy Zielonki. Ale wydaje się, że jest po prostu za duży. Przeniesiono wirtualny obrazek bezpośrednio w rzeczywistość. To naiwne. Na prezentowanej decydentom wizualizacji biało-czerwony koszyk miał służyć temu, by stadion był bardziej narodowy. Teraz pojawia się zdziwienie, że w naturze, w skali 1:1, efekt jest nachalny. Barwy narodowe można było uzyskać choćby dzięki iluminacji, jak zwrócił uwagę inżynier Edmund Obiała, projektant stadionu olimpijskiego w Sydney. Podobnie jak to zrobiono iluminując Allianz Arenę w Monachium…
Cały wywiad można przeczytać w lutowym wydaniu Gazety Bankowej.




