Dla tych, którzy chcą podyskutować o znaczeniu i roli liderów opinii w rozprzestrzenianiu komunikatu ...więcej
Reklamy produktów finansowych oraz banków coraz bardziej infantylne en masse...
Oto zamiast oglądać znakomitą ofertę kultury wyższej, produkowaną zgodnie z publiczną misją, uwagę moją w czasie skądinąd „wolnym” zaczęły przyciągać reklamy.
Szczególnie zaś zaintrygowały mnie reklamy produktów finansowych oraz banków, które wydają się być coraz bardziej infantylne en masse. Zarówno banki, jak i towarzystwa ubezpieczeniowe, a nawet nobliwe dawniej w komunikacji bony zadłużenia Skarbu Państwa, używać zaczęły nie tylko wyraźnie zdziecinniałej stylistyki, ale także coraz chętniej korzystać zaczęły z wizerunku samych dzieci jako głównych bohaterów.
Dzieci nie tylko rozmawiają w studio z celebrytami, czy trzymane na rękach tatusia rozkosznie ssą paluszek, ale też baraszkują z ubezpieczeniowymi agentami sprzedającymi w prosty sposób zaawansowane produkty, czy gaworzą beztrosko w spotach radiowych na tematy finansowe jak najbardziej. Fakt, że oprocentowanie na lokacie „lośnie sybciutko”, a ikoną marki dużego gracza TU staje się niejaki Pikuś (przepraszam – Pan Pikuś) zaczęło mnie początkowo intrygować, później bawić, w ostateczności jednak poważnie niepokoić.
Niepokój ten stał się silniejszy w wyniku głębokiego namysłu i szczegółowej analizy dokonanej podczas pokonywania dziś porannych korków w drodze do pracy. Rozmyślając o nowej konwencji komunikowania usług związanych z wszelkim obrotem pieniędzmi, postawiłem następujące hipotezy robocze:
1. Reklamy tego rodzaju kierowane są bezpośrednio do dzieci, które odpowiednio wcześnie należy wytresować w bezrefleksyjnym pożyczaniu pieniędzy - skoro jak tłumaczą banki i tak można sobie później skonsolidować zadłużenie i w dodatku płaci się wówczas mniejsze raty, co zupełnie problem długu likwiduje.
2. Banki, które jako kategoria okazują się mieć spory problem z zaufaniem i reputacją marek sięgają w reklamach po dzieci i kierują te reklamy do dzieci w celu przysłowiowego odwracania kota ogonem i ocieplenia własnego wizerunku.
3. Reklamy te kierowane są do dorosłych, którzy zasługują dziś na to, by traktować ich jak dzieci – i to dzieci specjalnej troski lub wręcz niespełna rozumu.
Hipotezę nr 1 natychmiast odrzuciłem. Pseudodziecięcy bełkot działa bowiem na same dzieci odstręczająco. Są po prostu zbyt inteligentne, by w ten sposób kupować ich sympatię. Po wtóre, reklama kierowana bezpośrednio do dzieci nie dosyć, że jest nieetyczna, to również bardzo wątpliwa pod względem prawnym. Żaden zaś poważny bank czy inny działający na finansowym rynku podmiot na niegodziwość taką na pewno by sobie nie pozwolił.
Hipoteza nr 2 także wydała mi się bezzasadna. W żadnym bowiem banku nie widziałem nigdy kota. Zdarzają się czasem myszki, ale i te powoli znikają z biurek wypierane przez touchpady laptopów.
Szczególnie zaś zaintrygowały mnie reklamy produktów finansowych oraz banków, które wydają się być coraz bardziej infantylne en masse. Zarówno banki, jak i towarzystwa ubezpieczeniowe, a nawet nobliwe dawniej w komunikacji bony zadłużenia Skarbu Państwa, używać zaczęły nie tylko wyraźnie zdziecinniałej stylistyki, ale także coraz chętniej korzystać zaczęły z wizerunku samych dzieci jako głównych bohaterów.
Dzieci nie tylko rozmawiają w studio z celebrytami, czy trzymane na rękach tatusia rozkosznie ssą paluszek, ale też baraszkują z ubezpieczeniowymi agentami sprzedającymi w prosty sposób zaawansowane produkty, czy gaworzą beztrosko w spotach radiowych na tematy finansowe jak najbardziej. Fakt, że oprocentowanie na lokacie „lośnie sybciutko”, a ikoną marki dużego gracza TU staje się niejaki Pikuś (przepraszam – Pan Pikuś) zaczęło mnie początkowo intrygować, później bawić, w ostateczności jednak poważnie niepokoić.
Niepokój ten stał się silniejszy w wyniku głębokiego namysłu i szczegółowej analizy dokonanej podczas pokonywania dziś porannych korków w drodze do pracy. Rozmyślając o nowej konwencji komunikowania usług związanych z wszelkim obrotem pieniędzmi, postawiłem następujące hipotezy robocze:
1. Reklamy tego rodzaju kierowane są bezpośrednio do dzieci, które odpowiednio wcześnie należy wytresować w bezrefleksyjnym pożyczaniu pieniędzy - skoro jak tłumaczą banki i tak można sobie później skonsolidować zadłużenie i w dodatku płaci się wówczas mniejsze raty, co zupełnie problem długu likwiduje.
2. Banki, które jako kategoria okazują się mieć spory problem z zaufaniem i reputacją marek sięgają w reklamach po dzieci i kierują te reklamy do dzieci w celu przysłowiowego odwracania kota ogonem i ocieplenia własnego wizerunku.
3. Reklamy te kierowane są do dorosłych, którzy zasługują dziś na to, by traktować ich jak dzieci – i to dzieci specjalnej troski lub wręcz niespełna rozumu.
Hipotezę nr 1 natychmiast odrzuciłem. Pseudodziecięcy bełkot działa bowiem na same dzieci odstręczająco. Są po prostu zbyt inteligentne, by w ten sposób kupować ich sympatię. Po wtóre, reklama kierowana bezpośrednio do dzieci nie dosyć, że jest nieetyczna, to również bardzo wątpliwa pod względem prawnym. Żaden zaś poważny bank czy inny działający na finansowym rynku podmiot na niegodziwość taką na pewno by sobie nie pozwolił.
Hipoteza nr 2 także wydała mi się bezzasadna. W żadnym bowiem banku nie widziałem nigdy kota. Zdarzają się czasem myszki, ale i te powoli znikają z biurek wypierane przez touchpady laptopów.
więcej >
Zobacz także
Sonda
Czy masz zaufanie do swojego banku?
-
65%
-
29%
-
6%
Głosów: 17, start sondy: 2010-02-02
więcej >
Trendy
więcej >




