Inwestycja w złoto
Nikt nie ma wątpliwości, że złote sztabki w portfelu inwestycyjnym to rozsądne postanowienie noworoczne. Gdy przychodzi jednak do jego realizacji, pojawia się fundamentalne pytanie: jaka część naszego portfela powinna błyszczeć?
W pradawnych przedkryzysowych czasach mówiono, że na każde zainwestowane 100 zł tylko 5 zł powinno być ulokowane w złocie. I to raczej dla snobistycznej satysfakcji z posiadania złotego kruszcu niż po to, by na przykład zabezpieczyć się przed inflacją. Gdyby ktoś w 2007 r. stwierdził, że właściwe proporcje to 50/50, wywołałby potężny wybuch śmiechu. Teraz takich ludzi słucha się całkiem serio. Ot, na przykład Porter Stansberry, ekonomista firmy analitycznej Stansberry & Associates Investment Research, mówi w jednym z wywiadów wprost: „Jeśli 50 proc. swojego portfolio będziesz trzymał w złocie, a 50 proc. w krótkoterminowych obligacjach skarbowych USA, twoja pozycja będzie idealnie zabezpieczona. Tak przed spadkiem wartości złota, jak i przed spadkiem wartości dolara”.
W rozmowie ze Stansberrym uderzył mnie fakt, że o zainwestowaniu 50 proc. w złoto mówi on, jak o czymś całkowicie naturalnym. Wręcz uważa to za podejście ostrożne! „Jest kryzys, nadszedł czas inwestycyjnego konserwatyzmu” – dodaje jeszcze i trafia w sedno: inwestowanie w złoto w roku 2011 nie jest już snobizmem, czy zachowaniem ekscentrycznym, a normalnością, więcej!, jest konserwatyzmem. To dlatego, że świat boi się eskalacji kryzysu, a chwilowa poprawa sytuacji obaw wcale nie rozwiewa.
Oczywiście, konserwatyzm inwestycyjny w USA, to co innego niż takowy konserwatyzm w Polsce (dolar jest bardziej niepewny niż złoty), ale zwiększenie obecności złota w naszym portfelu o kilka punktów procentowych wydaje się wskazane. Rodzimi eksperci twierdzą, że w złocie rozsądnie jest trzymać nawet 25 proc. oszczędności.
Tylko metal
Gdy mówimy o inwestowaniu w złoto, pojawia się jeszcze jeden problem: inwestować w złoto fizyczne, czy w fundusze grające na rynku złota? Gdy rozmawiałem ostatnio z Peterem Schiffem, szefem Euro Pacific Capital, stwierdził, że tylko fizyczne złoto jest warte zaufania. Choć trzeba wziąć poprawkę, że Schiff znany jest z naprawdę wyjątkowej wiary w ten kruszec, to taką opinię powtarza wielu inwestorów. Polski inwestor jednak może dać się skusić osiągnięciom naszych funduszy złota – jeden z najbardziej znanych polskich funduszy w ciągu ostatnich dwóch lat wypracował aż 98,36 proc. zysku. Jednak zakładam, że mój czytelnik nie chce grać na złocie spekulacyjnie, a trzeba przecież być świadomym, że fundusze złota to właśnie spekulacja i to w dodatku… giełdowa. Nie inwestują one w realny kruszec, a w akcje spółek wydobywczych i kontrakty terminowe. Koniunktura na ich rynku kończy się w tym samym momencie, w którym wybucha panika na giełdzie. Słowem, jeśli zamiast złota fizycznego kupimy jednostki udziałowe funduszu złota, wyrzekamy się najważniejszej korzyści, którą daje złoto – odporności na kryzys.Są tacy, którzy straszą, że w razie prawdziwego załamania światowych gospodarek, rządy – niczym Roosevelt w 1933 r. – skonfiskują złoto i wtedy jego „wyznawcy” zostaną z niczym. Z drugiej strony jednak, nasze papierowe oszczędności inflacja konfiskuje regularnie. Wyobraźmy sobie Amerykanina Joe, który w za młodu 1913 r. otrzymał w spadku 100 tys. dolarów i przez całe życie trzymał je w skarpecie. Dożył 2000 r. i, gdy chciał oszczędności przekazać wnukowi, okazało się, że pod względem siły nabywczej warte są jedynie… 5 tys. dolarów. Zresztą wcale nie musimy sięgać aż po amerykański przykład. Janowi Kowalskiemu, który w 2000 r. odłożył w skarpecie 100 tys. zł, inflacja pożarła już ponad 30 tys. zł!
Właściwy moment
Z jednej strony fakt, że w ciągu kilku pierwszych dni stycznia cena złota spadła z ok. 1420 dolarów do ok. 1360 dolarów za uncję, można interpretować jako zapowiedź większej korekty. Jeśli tak jest faktycznie, to z punktu widzenia inwestowania krótkookresowego być może faktycznie warto zaczekać jakiś czas (miesiąc? pół roku?), aż rynek tej korekty dokona i kupić złoto w „dołku”.
Sądzę jednak, że większa korekta jest jednak wątpliwa – styczniowy spadek wyniósł przecież jedynie ok. 4,5 proc. i był prawdopodobnie wynikiem ogólnego poświątecznego spokoju, który zapanował na światowych rynkach, a nie zapowiedzią odwrotu od złota. Niektórzy po prostu zdecydowali się zrealizować złote zyski i kupić sobie za nie noworoczne prezenty.
Czas spokoju już się jednak kończy i coraz śmielej mówi się o Portugalii i Hiszpanii jako kolejnych kandydatach do unijnej pomocy. Obligacje tych krajów są obecnie bardzo rentowne, co świadczy o tym, że inwestorzy już im nie ufają. W rezultacie tych niepokojów ceny złota znów rosną i przekroczyły 1370 dolarów za uncję. Kłopoty półwyspu Iberyjskiego rzeczywiście mogą zdetonować upadek strefy euro, a wtedy ci ze złotem, jak też ci ze złotym i dolarem w kieszeni, będą cieszyć się, że swoich oszczędności nie trzymali w eurowalucie.
Inwestor długookresowy to inwestor świadomy zagrożeń długofalowych. Chwilowe wahania koniunktury na rynku złota nie są w stanie go przestraszyć. Również dlatego, że gdy złoto stanowi wartość 20 proc., czy 30 proc. jego portfela, nawet tymczasowa zniżka na rynku cen złota nie jest w stanie mocno nadszarpnąć jego finansów. Ostatecznie dla niego pytanie o to, który moment na kupno złota jest najlepszy w zasadzie nie istnieje. Odpowiedź jest zawsze taka sama: każdy. A to z tej przyczyny, że nie uzależnia on od złota swoich całości swoich wyników inwestycyjnych, a – będziemy powtarzać to do znudzenia – traktuje je jako najlepsze ubezpieczenie.




